rok czasu, czyli 0,25 mojego Nowego Życia jest dla mnie nieustanną nauką. Ciągle będąc na granicy leczenie/życie, choć zdecydowanie bardziej już po stronie życia, uczę się w nim funkcjonować. Studia, szukanie teatru w każdym dostępnym sposobie z nim kontaktu, dużo warsztatów, śpiewania, tańca (przed rakiem było ich zdecydowanie mniej). Nie ogarniam czasu, bo w tym multidzianiu się nie potrafię znaleźć czasu ani siły na wytyczenie dalszego planu. miała być fundacja, środki na dwa spektakle (takie wymarzone). okazało się, że przez błędy komunikacji i rozmijanie znów nie będzie tak jak mogło być. łatwiej, znów w teatrze, wreszcie bez czekania na jakiekolwiek konkrety. Trudne są takie momenty, tym bardziej, że niestety wiążą się również z oddalaniem. W różnym znaczeniu, na różnych płaszczyznach. Ale właśnie dzisiaj, 27 maja 2015 roku myślę, że to ważny moment, bo zmusza mnie to jeszcze szybszego dorastania. Wiem, że po zakończeniu sesji muszę zacząć żyć całkowicie biorąc odpowiedzialność za wszystkie rzeczy, które chcę robić. Chwilami to mega przerażająca perspektywa. Ale myślę, że jestem w dobrej sytuacji, bo WIERZĘ, że nie jestem sama. Że Ktoś mądrzejszy ode mnie, od nas wszystkich tak to układa, że właśnie teraz dostaję możliwość rozwoju. Że skoro pojawia się taka konieczność pójścia dalej, szerzej w działaniach organizacyjnych, może jestem w stanie się tego nauczyć. Mam wspaniałych Ludzi, którzy chcą się uczyć ode mnie tego czego ja się zawodowo uczę od dawna. Widzę jak pięknie się rozwijają, podziwiam ich za przełamywanie kolejnych granic. Bardzo dużo się uczę. I jestem wdzięczna, bo widzę dzięki temu jak ja sama się rozwijam i uczę na przestrzeni tych ostatnich czterech lat. Dzięki studiom i nauce widzę ogromną różnicę w tym jak pracuje mój mózg, jak działa koncentracja. To sito, które miałam w głowie po chemii zaczyna być załatane. I to jest radość. Dostaję przepiękne spotkania. Praktyka w Kieleckim Teatrze Tańca i udział w próbach Kronosa był dla mnie fantastycznym doświadczeniem. A przecież jak wielu praktykantów mogłam dostać sterty papierków i kawy do parzenia. Jestem farciarą:):):) Więc skoro tyle narzędzi dostaję po to, żeby się rozwijać, myślę, że po prostu czas z nich skorzystać.
środa, 27 maja 2015
środa, 8 kwietnia 2015
potwory i spółka.
kolejny raz zmieniam opis. już nie 31 lat. teraz 32. świetnie. tylko dlaczego lista celów do zrealizowania jest prawie tak długa jak w zeszłym?
moje potwory samotności obchodzą ostatnio permanentnie urodziny. świętują. a u mnie frustracja, marazm i chaos. może to kolejny etap dojrzewania, tylko bez trądziku i skoków wzrostu, przynajmniej tych zewnętrznych, bo wewnętrznie to syf i malaria. nie ogarniam. i wkurza mnie, że piszę na tym moim blogu, który miał być o magii i miłości życia, ostatnio tylko wówczas, kiedy nie daję rady. dwubiegunowa kraina czarów w czasie stagnacji jest nie do wytrzymania. pieprzę to. a właściwie to nie. niestety wcale nie. dostaję kolejne lekcje, które odrabiam dotyczące np uczciwości i współpracy z tzw. bliskimi, którzy wykorzystają i myślą, że jest ok. a ja, owszem jestem im wdzięczna, za bezcenną lekcję pt. " jak rozmawiać o finansach pracując ze znajomymi, którym bezgranicznie ufasz. DZIĘKUJĘ. wszystko inne też pędzi tempem żółwim. marzyłam, ach jak marzyła o spektaklach. w liczbie trzech. w tym roku. oj głupia ty, głupia ty... fundacja nasza powstaje tempem swoim, więc partnerem do rozmów będę może kiedyś w przyszłości, ale teraz, żeby nie byś dla ludzi, których cenię taką w/w lekcją rozmów o finansach, nie mam o czym z nimi rozmawiać. czyli kolejny raz jestem w głębokiej d.... . w takie dni jak dziś nie chce mi się NIC. bo wszystko o czym marzę gdzieś idzie bokiem, rozłazi się. znów mam poczucie, że wszystko funta kłaków nie warte. ostatnio dwukrotnie zaatakowały nas sfory zdziczałych psów. boję się. pierwszy raz w życiu boję się psów, boję się szczekania, boję się pól. i szlag mnie trafia bo na tych polach jest oddech, tam zbieram myśli. a przez to wszystko czuję się jak w klatce.
sezon motocyklowy rozpoczęty. jeszcze nie dla mnie. znów może w przyszłym roku. dziwny czas.
potrzebuję zacząć robić cokolwiek twórczego. i nie wiem co. i znów frustracja, bo przecież umiem, potrafię. ale co?
samotność. potrzebuję ludzi. moich przyjaciół. ale nie mam siły podtrzymywać kontaktu. jestem ciągle zmęczona. tak cholernie zmęczona. i tak często smutna. a tak bardzo ich potrzebuję. i wiem, że to przeze mnie już są coraz dalej. bo ileż można jednostronnie... samotność...
moje potwory samotności obchodzą ostatnio permanentnie urodziny. świętują. a u mnie frustracja, marazm i chaos. może to kolejny etap dojrzewania, tylko bez trądziku i skoków wzrostu, przynajmniej tych zewnętrznych, bo wewnętrznie to syf i malaria. nie ogarniam. i wkurza mnie, że piszę na tym moim blogu, który miał być o magii i miłości życia, ostatnio tylko wówczas, kiedy nie daję rady. dwubiegunowa kraina czarów w czasie stagnacji jest nie do wytrzymania. pieprzę to. a właściwie to nie. niestety wcale nie. dostaję kolejne lekcje, które odrabiam dotyczące np uczciwości i współpracy z tzw. bliskimi, którzy wykorzystają i myślą, że jest ok. a ja, owszem jestem im wdzięczna, za bezcenną lekcję pt. " jak rozmawiać o finansach pracując ze znajomymi, którym bezgranicznie ufasz. DZIĘKUJĘ. wszystko inne też pędzi tempem żółwim. marzyłam, ach jak marzyła o spektaklach. w liczbie trzech. w tym roku. oj głupia ty, głupia ty... fundacja nasza powstaje tempem swoim, więc partnerem do rozmów będę może kiedyś w przyszłości, ale teraz, żeby nie byś dla ludzi, których cenię taką w/w lekcją rozmów o finansach, nie mam o czym z nimi rozmawiać. czyli kolejny raz jestem w głębokiej d.... . w takie dni jak dziś nie chce mi się NIC. bo wszystko o czym marzę gdzieś idzie bokiem, rozłazi się. znów mam poczucie, że wszystko funta kłaków nie warte. ostatnio dwukrotnie zaatakowały nas sfory zdziczałych psów. boję się. pierwszy raz w życiu boję się psów, boję się szczekania, boję się pól. i szlag mnie trafia bo na tych polach jest oddech, tam zbieram myśli. a przez to wszystko czuję się jak w klatce.
sezon motocyklowy rozpoczęty. jeszcze nie dla mnie. znów może w przyszłym roku. dziwny czas.
potrzebuję zacząć robić cokolwiek twórczego. i nie wiem co. i znów frustracja, bo przecież umiem, potrafię. ale co?
samotność. potrzebuję ludzi. moich przyjaciół. ale nie mam siły podtrzymywać kontaktu. jestem ciągle zmęczona. tak cholernie zmęczona. i tak często smutna. a tak bardzo ich potrzebuję. i wiem, że to przeze mnie już są coraz dalej. bo ileż można jednostronnie... samotność...
środa, 28 stycznia 2015
lekcja śmierci
ostatnie pół roku jest dziwne. szybkie. ważne. smutne. odrodzone. znaczące.
piszę rzadko, bo kilka miesięcy smutku zabrało dużo czasu i brakuje mi go jeszcze częściej niż wcześniej, ale ten znaleziony szanuję jeszcze bardziej. uczę się na nowo żyć świadomie. zwolnić.
ostatnio otrzymałam trzy piękne lekcje. akceptacji siebie, przyjaźni i śmierci. pierwsza wynikła z rozmowy z kimś mi bliskim. czasem nawet najbliżsi ranią. mylą mój zawód z podejściem do życia. niesłusznie. tego trzymam się zawsze, że "nie jest sztuką grać kiedy się nie gra". dlatego czasem wolę być zbyt szczera i zbyt bezkompromisowa, ale nie udawać. z szacunku do siebie i otaczających mnie ludzi. rzadko dzwonię, piszę. za rzadko. czuję się z tym źle. chciałabym mieć taki nawyk częstego kontaktu. bo tęsknię za Wami, za tyloma bliskimi mi Ludźmi. i tak często wiem, że jest mnie za mało w Waszym życiu. i chcę to zmienić. a z drugiej strony taka jestem. staram się być kiedy ktoś mnie potrzebuje. ale nie można oczekiwać ode mnie codziennych telefonów. bo taka jestem. nie oczekuję ich od innych i pierwszy raz poczułam, że jeśli ktoś tego oczekuje, to jest nie fair. bo stawiam sprawę jasno. ja tak nie umiem. będę, jeśli się mnie potrzebuje. ale w kontakcie jestem trudna. może kiedyś to się zmieni. dziś jeszcze nie. i dlatego tym bardziej doceniam to, że w moim życiu są cudowni Ludzie, z którymi nie mając codziennego kontaktu, wiem, że są. i mam nadzieję, że wiedzą, że ja również jestem. dla nich.
lekcja przyjaźni. Mirku i Anno Mari dziękuję Wam. za wszystko. za dwie rozmowy, które dały mi szalenie dużo ciepła. i wiary. to był piękny dzień. bo usłyszałam między innymi, że ten blog coś daje, że ta choroba, która od kilku miesięcy jest dla mnie trudniejsza w tym czasie post-factum niż kiedykolwiek coś daje, że nie tak całkiem ten czas mi ucieka, że jednak coś konstruktywnego z niego wynika. dziękuję.
lekcja śmierci. dwa dni temu mój ukochany pies zabił mysz. większość ludzi oceni mnie jako wariatkę. nie interesuje mnie to. pierwszy raz widziałam bezpośrednio zadaną śmierć. to małe zwierzątko żyło, a za chwilę już nie. a wszystko wokół było bez zmian. tylko ja zastanawiałam się jak mam żyć z psem, który jest mi tak bliski, a zadał śmierć. bo nie ma znaczenia czy to mysz czy życie w większej formie. coś zostało zakłócone. wieczorem na spacerze znalazłyśmy kota. od kilku tygodni widziałam go od czasu do czasu. jeden z najbardziej uroczych, rudych kocich dzieciaków, szalejących w wolnobycie z tą wrodzoną bezczelnością i wdziękiem, które wzbudzają maksymalną sympatię. był piękny. młodziutki i rudy. dwa dni temu znalazłam go na śniegu. miałam nadzieję, że jeszcze coś zrobię. już nie żył. od niedawna, bo futerko nie było jeszcze przemoczone śniegiem. najmocniej pamiętam jedną kroplę wody utrzymującą się na futerku ogona. wyglądał jakby spał. nie radzę sobie ze śmiercią. nie mam z nią doświadczenia. przez trzy i pół roku żyję ze śmiertelną chorobą. otaczają mnie ludzie, którzy też z nią żyją, walczą, zdrowieją, ale każdy z nas ma świadomość, że wystarczy moment i wszystko zacznie się na nowo. tylu z nich już odeszło. powinnam więc być z tą śmiercią oswojona. mieć świadomość, że jest naturalną częścią życia. i nie jestem. bo te dwa zwierzaki uświadomiły mi fakt jak bardzo jestem na nią nieodporna, jak boli i przeraża. są tygodnie kiedy codziennie boję się przerzutów, nawrotu, kiedy każdy ból jest fałszywym alarmem, który w pierwszym momencie zapala wszystkie światełka alarmowe. czasem udaje mi się o tym zapomnieć, a czasem wytworzyć poczucie obojętności, że nie ma to dla mnie znaczenia. żeby się tak nie bać. ale ma znaczenie. i wiem, że kiedy to zrozumiem będę dużo spokojniejsza, dużo lepszym człowiekiem, bo mam poczucie, że ten temat łączy się bardzo blisko z wieloma płaszczyznami życia. tego codziennego i najzwyklejszego również.
japońskie haiku pięknie potrafi uchwycić istotę. mało słów. dużo sensu. Moritake
kwiaty, które opadły
wrócą na gałąź -
ach! to przecież motyle
piszę rzadko, bo kilka miesięcy smutku zabrało dużo czasu i brakuje mi go jeszcze częściej niż wcześniej, ale ten znaleziony szanuję jeszcze bardziej. uczę się na nowo żyć świadomie. zwolnić.
ostatnio otrzymałam trzy piękne lekcje. akceptacji siebie, przyjaźni i śmierci. pierwsza wynikła z rozmowy z kimś mi bliskim. czasem nawet najbliżsi ranią. mylą mój zawód z podejściem do życia. niesłusznie. tego trzymam się zawsze, że "nie jest sztuką grać kiedy się nie gra". dlatego czasem wolę być zbyt szczera i zbyt bezkompromisowa, ale nie udawać. z szacunku do siebie i otaczających mnie ludzi. rzadko dzwonię, piszę. za rzadko. czuję się z tym źle. chciałabym mieć taki nawyk częstego kontaktu. bo tęsknię za Wami, za tyloma bliskimi mi Ludźmi. i tak często wiem, że jest mnie za mało w Waszym życiu. i chcę to zmienić. a z drugiej strony taka jestem. staram się być kiedy ktoś mnie potrzebuje. ale nie można oczekiwać ode mnie codziennych telefonów. bo taka jestem. nie oczekuję ich od innych i pierwszy raz poczułam, że jeśli ktoś tego oczekuje, to jest nie fair. bo stawiam sprawę jasno. ja tak nie umiem. będę, jeśli się mnie potrzebuje. ale w kontakcie jestem trudna. może kiedyś to się zmieni. dziś jeszcze nie. i dlatego tym bardziej doceniam to, że w moim życiu są cudowni Ludzie, z którymi nie mając codziennego kontaktu, wiem, że są. i mam nadzieję, że wiedzą, że ja również jestem. dla nich.
lekcja przyjaźni. Mirku i Anno Mari dziękuję Wam. za wszystko. za dwie rozmowy, które dały mi szalenie dużo ciepła. i wiary. to był piękny dzień. bo usłyszałam między innymi, że ten blog coś daje, że ta choroba, która od kilku miesięcy jest dla mnie trudniejsza w tym czasie post-factum niż kiedykolwiek coś daje, że nie tak całkiem ten czas mi ucieka, że jednak coś konstruktywnego z niego wynika. dziękuję.
lekcja śmierci. dwa dni temu mój ukochany pies zabił mysz. większość ludzi oceni mnie jako wariatkę. nie interesuje mnie to. pierwszy raz widziałam bezpośrednio zadaną śmierć. to małe zwierzątko żyło, a za chwilę już nie. a wszystko wokół było bez zmian. tylko ja zastanawiałam się jak mam żyć z psem, który jest mi tak bliski, a zadał śmierć. bo nie ma znaczenia czy to mysz czy życie w większej formie. coś zostało zakłócone. wieczorem na spacerze znalazłyśmy kota. od kilku tygodni widziałam go od czasu do czasu. jeden z najbardziej uroczych, rudych kocich dzieciaków, szalejących w wolnobycie z tą wrodzoną bezczelnością i wdziękiem, które wzbudzają maksymalną sympatię. był piękny. młodziutki i rudy. dwa dni temu znalazłam go na śniegu. miałam nadzieję, że jeszcze coś zrobię. już nie żył. od niedawna, bo futerko nie było jeszcze przemoczone śniegiem. najmocniej pamiętam jedną kroplę wody utrzymującą się na futerku ogona. wyglądał jakby spał. nie radzę sobie ze śmiercią. nie mam z nią doświadczenia. przez trzy i pół roku żyję ze śmiertelną chorobą. otaczają mnie ludzie, którzy też z nią żyją, walczą, zdrowieją, ale każdy z nas ma świadomość, że wystarczy moment i wszystko zacznie się na nowo. tylu z nich już odeszło. powinnam więc być z tą śmiercią oswojona. mieć świadomość, że jest naturalną częścią życia. i nie jestem. bo te dwa zwierzaki uświadomiły mi fakt jak bardzo jestem na nią nieodporna, jak boli i przeraża. są tygodnie kiedy codziennie boję się przerzutów, nawrotu, kiedy każdy ból jest fałszywym alarmem, który w pierwszym momencie zapala wszystkie światełka alarmowe. czasem udaje mi się o tym zapomnieć, a czasem wytworzyć poczucie obojętności, że nie ma to dla mnie znaczenia. żeby się tak nie bać. ale ma znaczenie. i wiem, że kiedy to zrozumiem będę dużo spokojniejsza, dużo lepszym człowiekiem, bo mam poczucie, że ten temat łączy się bardzo blisko z wieloma płaszczyznami życia. tego codziennego i najzwyklejszego również.
japońskie haiku pięknie potrafi uchwycić istotę. mało słów. dużo sensu. Moritake
kwiaty, które opadły
wrócą na gałąź -
ach! to przecież motyle
poniedziałek, 15 grudnia 2014
umiejętność cieszenia się
przestałam potrafić cieszyć się. przez całe życie była to jedna z moich najmocniejszych stron, ta dziecięca radość z rzeczy małych i dużych, która powodowała, że świat był piękniejszy. wiem, że ostatnimi czasy jest trudno. ale przecież już wiele razy było trudno. może nawet dużo trudniej. ale pierwszy raz widzę, że w tym wszystkim straciłam umiejętność cieszenia się. i to jest przerażające. bo mam z czego za 14 dni przeprowadzamy się do wymarzonego mieszkania, dziś dostałam zaproszenie na casting do świetnego spektaklu, w styczniu oprócz udziału w WOŚP w 3mieście będę miała mega radość prowadzić warsztaty teatralne w Teatrze w Oknie, a w przyszłym roku prawdopodobnie jadę na kilka dni do Hamburga z naszym Shakespeare'm. tyle PRZEOGROMNYCH POWODÓW DO RADOŚCI. więc co się dzieje w człowieku, co w nim zanika, co zostaje zniszczone, że nie potrafi się cieszyć? ja wiem, że chcę się cieszyć, że chcę mieć w sobie to Wewnętrzne, roześmiane Dziecko, żeby żyć naprawdę. bo teraz czuję, że żyję częściowo. a przecież tak bardzo na to szkoda czasu... mimo to, Dorotko, moja Dobra Wróżko, DZIĘKUJĘ:*:*:*:*:*:*:*:*
piątek, 12 grudnia 2014
zwrotnik
czasem nasze życie osiąga punkt zwrotny. dosłownie. albo nastąpi w nim przewrót, albo nie ma już nic. moje właśnie doszło do takiego momentu. jestem zmęczona i wypalona. nie przypuszczałam, że kiedykolwiek będę aż tak dotkliwie odczuwać taki stan. wypalenie. można stwierdzić, że zupełnie irracjonalne. przecież z jednej strony ostatnio zaistniało pasmo sukcesów. Wspaniała II nagroda Festiwalu Monodramu Monoblok, przyznanie mi stypendium artystyczno-naukowego dla najlepszych studentów, dzięki czemu znalazłam się w grupie 7 osób, które zostały wyróżnione z 70 za swoje osiągnięcia artystyczne i naukowe. Znaleźliśmy wreszcie mieszkanie, które dzięki rzeczonemu stypendium wreszcie możemy wynająć. jest wspaniałe. przestronne, piękne i pełne ciepła. dom. wreszcie po trzech latach możemy mieszkać sami. jeszcze tylko 17 dni. oprócz tego nasi cudowni Przyjaciele dokładają wszelkich starań, aby pokazać nam, że niemożliwe jest możliwe i że wreszcie pojawiają się perspektywy spektakl, warsztatów, działania (Justynko i Łukaszu jesteście WIELCY:*).
wszystko jest wspaniale. więc dlaczego tak bardzo nie mam siły wziąć się za cokolwiek, szukać nowych możliwości, otwierać sobie nowych perspektyw? czuję się wypalona. zmęczona. nie umiem cieszyć się tymi wszystkimi zwycięstwami i cudami. może dlatego, że dzieją się różne rzeczy, o których nawet tu nie chcę pisać, bo są zbyt osobiste, bo szwankują płaszczyzny, które jeszcze jakiś czas temu były filarami, może brakuje mi poczucia bezpieczeństwa, stabilizacji, rozwoju. bo stoję w miejscu i czuję, że te płąszczyzny, które były trampoliną, teraz blokują, uziemiają... jak dużo trzeba stracić, żeby wiedzieć, że jest tak jak powinno?...
środa, 12 listopada 2014
z samego dołu można tylko w górę...
czasem jest tak, że najbliżsi są najdalej. czasem jest tak, że to co się widziało i to w co się wierzyło jest gówno warte. kiedy słyszysz, rzeczy, które bolą, są niesprawiedliwe i powodują, że wiesz, że coś się kończy, albo już skończyło. wtedy wiesz, że trzeba podjąć decyzję. że trzeba zacząć działać. bo tak nie będzie. tylko to poczucie pustki i świadomość, że żeby coś zmienić naprawdę muszę już coś znaleźć. możliwości, środki, pomoc. po kolei.
poniedziałek, 3 listopada 2014
zaufanie
zaufanie.w każdym kryzysowym momencie staram się trzymać przede wszystkim jednego. przekonania, że zaufanie w Sens tego co się dzieje w moim życiu jest wartością bezsprzeczną. że posiadam wielokrotnie potwierdzone dowody na to, że jeśli zaufam, Ten na Górze, Wszechświat, to wszystko poza mną, które obdarzam większym zaufaniem i wiarą niż siebie, wie najlepiej co jest dla mnie najlepsze i kiedy powinno się wydarzyć. zdarza się, że tej wiary mi brakuje, ostatnio takie momenty również miały miejsce. ale dziś znów staram się tę pamięć wielopłaszczyznową, pamięć umysłu i serca, pamięć zaufania obudzić. staram się znów zaufać. że ten czas ciszy jest po to, żeby we właściwym czasie usłyszeć najpiękniejszą muzykę. bardzo bym chciała, żeby ten czas życia pełnią już się zaczął. ale znów staram się przypomnieć jedną rzecz: zaufaj. bo do tej pory to mnie nie zawiodło:):) więc ufam. ufffffffffffffffffffffffffff.......
niedziela, 2 listopada 2014
wracam. "delfin" poszukiwany.
ten post nie jest ani pozytywny ani radosny. czytasz go na własną odpowiedzialność. zastanawiam się codziennie. codziennie myślę o tym co się dzieje. co się dzieje ze mną. i sądzę, że jako obiekt badawczy jestem świetna.
wróciłam do tak wielu złych nawyków i torów myślowych, o których miałam nadzieję, że uległy zmianie, że je przepracowałam w trakcie tych cholernych trzech lat.
za 6 dni minie trzy lata od operacji. od mastektomii. od początku. od końca.
na ostatnim zjeździe podczas zajęć z kompozycji tańca pracowaliśmy nad ekspresją i motoryką ciała związaną z konkretnymi emocjami. doskonały moment. solo, które mamy ułożyć na kolejne zajęcia jest doskonałym warsztatem i punktem wyjścia do tego co jest dla mnie teraz najbardziej skomplikowaną kwestią. taki mój prywatny węzeł gordyjski. mam w głowie niesamowitą ilość frustracji. pogubiłam się pod każdym względem. jestem zła, bo nie radzę sobie z życiem, ze sobą, ciągle żyję w zawieszeniu, mam poczucie, że wszystkie rzeczy związane z jakąkolwiek dziedziną twórczości są w moim wydaniu niepełne, niewystarczające, niedopracowane. czuję, że wszystkie procesy mające na celu przepracowanie w sobie kwestii związanych z poczuciem własnej kobiecości i własnej wartości znów wracają do punktu wyjścia.
windowisko. doskonały przykład moich spotkań ze sobą na gruncie artystycznym. pojechaliśmy z naszym "Bogiem, który jest kobietą o jednej piersi" na pierwszy festiwal. z jednej strony starałam się na nic nie nastawiać, nie nakładać na siebie presji, nie stawiać w sytuacji oceny i autooceny. wiem, że wytworzenie takiej sytuacji powoduje, że zamykam się w sobie, słabnę, przegrywam z nie przepracowanymi jeszcze sprawami z "kiedyś". udało nam się kilka rzeczy dopracować, zmienić, rozwinąć. poczułam się dumna. brakowało mi wcześniej pewnego aspektu teatralności, brakowało mi spójności ciała i przekazu, brakowało mi ruchu. udało mi się go wypracować, znaleźć pomysł, zrealizować go. tak samo było z kostiumem i charakteryzacją. udało mi się znaleźć formę, która się sprawdziła. starałam się oglądać spektakle konkursowe jak najbardziej obiektywnie, po to, żeby ten czas był czasem dla mnie, czasem w teatrze, a nie czasem jakichś durnych przepychanek samej ze sobą, z własnym ego, z czymkolwiek innym. myślę, że w dużym stopniu mi się udało. spędziłam ten czas w towarzystwie przynajmniej trójki bliskich mi Ludzi, Ludzi, z którymi spotkałam się na początku mojej teatralnej drogi, Ludzi, którzy wpisali się jednoznacznie w moje warsztaty organizowane przez Windę, na które jeździłam jako zbuntowana nastolatka, które pomogły mi również określać siebie w różnym stopniu nie tylko w kwestiach związanych z teatrem, ale także jako człowieka. Kasia, Marek i Marek:):) i Tomek, dobry duszek całego przedsięwzięcia:):):)kilka spotkań nowych (cudowne Dziewczyny z Błękitnej Sukienki) i powtórnych (Dorotka i Aga:*:**:*:*:*:*:*) i oczywiście Kasia i Dominik z chłopakami i DIANA:*:*:*:* dużo, dużo bliskości i ciepła i piękna dzięki niektórym spektaklom. szczególnie dwa. Keefe, nie jestem królem i Diva. i przepiękne poczucie, że nie zdobyć nagrody, bo zdobyła ją Diva to żadna przegrana, bo to tak piękny, kompletny i wspaniały spektakl. i cieszę się, że potrafię cieszyć się obiektywnie, że taki spektakl, taki piękny kawał Teatru i człowiek Teatru dostaje nagrodę, na którą w pełni zasłużył. ale w tym wszystkim właśnie jest ta moja pieprzona łyżka dziegciu. bo wiem, że na wszystkie inne spektakle pracował nie jeden człowiek, nie dwoje jak w naszym przypadku. tam jest aktor, reżyser, autor tekstu, ludzie odpowiadający za kostiumy, muzykę, charakteryzację, ruch sceniczny, promocję, wszystko inne. u nas jesteśmy my - Seb i ja. i dzięki Bogu Krzysztof, który na początku miał chwilę czasu, żeby pomóc mi znaleźć odpowiedni układ tekstu i znaleźć do niego choć trochę kluczy. ale to było sto lat temu, kiedy forma była jeszcze zupełnie inna, kiedy wszystko było zupełnie. i od długiego czasu mam poczucie, że tak jak w całym moim życiu w tej materii też istnieje impas. niby rozwój, a ciągła walka z materią. tak bardzo, bardzo marzę o tym, żeby ktoś mi pomógł, żeby zacząć pracować nad czymś nowym. pracować z kimś, kto mnie poprowadzi, kto mi pomoże się rozwinąć. praca nad Makbetem była właśnie tym, ale to była chwila. przepiękna migawka. i już. a ja tak bardzo potrzebuję chociaż kilku tygodni pracy. chociaż takiego punktu zaczepienia. żeby znów uwierzyć, że mogę. bo już nie chcę ciągle czekać na kolejne wyniki badań. już mam dosyć. owszem, mam swoje studia. ale one też są z doskoku. co dwa tygodnie. i tam też czuję, ze to nie jest moje miejsce. bo uwielbiam to i czuję, że to jest to, ale nie jestem tancerką i nigdy nie będę. daję tam z siebie wszystko i biorę ile tylko mogę. i tam jest kompletność. ale to jest chwilowe. to cudowne miejsce, cudowni ludzi, cudowna nauka i rozwój. ale to zajęcia dodatkowe. a ja potrzebuję teatru. i jakiegokolwiek zakorzenienia. i boję się, bo to ciągłe czekanie mnie wypala. chcę działania. życia. nie chcę już tej frustracji. bo o niej mogę zrobić solo na zajęcia z kompozycji tańca, ale w takiej ilości jest toksyczna. widziałam film na YouTube, na którym delfin ratuje życie psu, ratuje go przed rekinem. a potem pomaga mu dopłynąć do brzegu. jest jego cudem. wprowadza element życiodajnego działania. szukam swojego delfina. i najgorsze jest to, że wydaje mi się, że przecież nie stoję w miejscu, nie czekam biernie, ciągle wydawałoby się, że coś robię, rozwijam się. kiedy zebrałam dokumenty niezbędne do stypendium okazało się, że mam jakąś niesamowitą ilość działań na przestrzeni ostatniego roku. więc dlaczego wydaje mi się, że ciągle stoję w miejscu, albo wręcz się cofam? dlaczego znów tak bardzo się pogubiłam? w jaki sposób mogę znów odzyskać ten piękny spokój i poczucie harmonii, które miałam czasem w trakcie leczenia? tak bardzo pragnę znaleźć spokój i spełnienie. mojego delfina. bo chcę znów poczuć się kompletna. a chwilowo mój mózg wysyła mi jeden komunikat. error...
wróciłam do tak wielu złych nawyków i torów myślowych, o których miałam nadzieję, że uległy zmianie, że je przepracowałam w trakcie tych cholernych trzech lat.
za 6 dni minie trzy lata od operacji. od mastektomii. od początku. od końca.
na ostatnim zjeździe podczas zajęć z kompozycji tańca pracowaliśmy nad ekspresją i motoryką ciała związaną z konkretnymi emocjami. doskonały moment. solo, które mamy ułożyć na kolejne zajęcia jest doskonałym warsztatem i punktem wyjścia do tego co jest dla mnie teraz najbardziej skomplikowaną kwestią. taki mój prywatny węzeł gordyjski. mam w głowie niesamowitą ilość frustracji. pogubiłam się pod każdym względem. jestem zła, bo nie radzę sobie z życiem, ze sobą, ciągle żyję w zawieszeniu, mam poczucie, że wszystkie rzeczy związane z jakąkolwiek dziedziną twórczości są w moim wydaniu niepełne, niewystarczające, niedopracowane. czuję, że wszystkie procesy mające na celu przepracowanie w sobie kwestii związanych z poczuciem własnej kobiecości i własnej wartości znów wracają do punktu wyjścia.
windowisko. doskonały przykład moich spotkań ze sobą na gruncie artystycznym. pojechaliśmy z naszym "Bogiem, który jest kobietą o jednej piersi" na pierwszy festiwal. z jednej strony starałam się na nic nie nastawiać, nie nakładać na siebie presji, nie stawiać w sytuacji oceny i autooceny. wiem, że wytworzenie takiej sytuacji powoduje, że zamykam się w sobie, słabnę, przegrywam z nie przepracowanymi jeszcze sprawami z "kiedyś". udało nam się kilka rzeczy dopracować, zmienić, rozwinąć. poczułam się dumna. brakowało mi wcześniej pewnego aspektu teatralności, brakowało mi spójności ciała i przekazu, brakowało mi ruchu. udało mi się go wypracować, znaleźć pomysł, zrealizować go. tak samo było z kostiumem i charakteryzacją. udało mi się znaleźć formę, która się sprawdziła. starałam się oglądać spektakle konkursowe jak najbardziej obiektywnie, po to, żeby ten czas był czasem dla mnie, czasem w teatrze, a nie czasem jakichś durnych przepychanek samej ze sobą, z własnym ego, z czymkolwiek innym. myślę, że w dużym stopniu mi się udało. spędziłam ten czas w towarzystwie przynajmniej trójki bliskich mi Ludzi, Ludzi, z którymi spotkałam się na początku mojej teatralnej drogi, Ludzi, którzy wpisali się jednoznacznie w moje warsztaty organizowane przez Windę, na które jeździłam jako zbuntowana nastolatka, które pomogły mi również określać siebie w różnym stopniu nie tylko w kwestiach związanych z teatrem, ale także jako człowieka. Kasia, Marek i Marek:):) i Tomek, dobry duszek całego przedsięwzięcia:):):)kilka spotkań nowych (cudowne Dziewczyny z Błękitnej Sukienki) i powtórnych (Dorotka i Aga:*:**:*:*:*:*:*) i oczywiście Kasia i Dominik z chłopakami i DIANA:*:*:*:* dużo, dużo bliskości i ciepła i piękna dzięki niektórym spektaklom. szczególnie dwa. Keefe, nie jestem królem i Diva. i przepiękne poczucie, że nie zdobyć nagrody, bo zdobyła ją Diva to żadna przegrana, bo to tak piękny, kompletny i wspaniały spektakl. i cieszę się, że potrafię cieszyć się obiektywnie, że taki spektakl, taki piękny kawał Teatru i człowiek Teatru dostaje nagrodę, na którą w pełni zasłużył. ale w tym wszystkim właśnie jest ta moja pieprzona łyżka dziegciu. bo wiem, że na wszystkie inne spektakle pracował nie jeden człowiek, nie dwoje jak w naszym przypadku. tam jest aktor, reżyser, autor tekstu, ludzie odpowiadający za kostiumy, muzykę, charakteryzację, ruch sceniczny, promocję, wszystko inne. u nas jesteśmy my - Seb i ja. i dzięki Bogu Krzysztof, który na początku miał chwilę czasu, żeby pomóc mi znaleźć odpowiedni układ tekstu i znaleźć do niego choć trochę kluczy. ale to było sto lat temu, kiedy forma była jeszcze zupełnie inna, kiedy wszystko było zupełnie. i od długiego czasu mam poczucie, że tak jak w całym moim życiu w tej materii też istnieje impas. niby rozwój, a ciągła walka z materią. tak bardzo, bardzo marzę o tym, żeby ktoś mi pomógł, żeby zacząć pracować nad czymś nowym. pracować z kimś, kto mnie poprowadzi, kto mi pomoże się rozwinąć. praca nad Makbetem była właśnie tym, ale to była chwila. przepiękna migawka. i już. a ja tak bardzo potrzebuję chociaż kilku tygodni pracy. chociaż takiego punktu zaczepienia. żeby znów uwierzyć, że mogę. bo już nie chcę ciągle czekać na kolejne wyniki badań. już mam dosyć. owszem, mam swoje studia. ale one też są z doskoku. co dwa tygodnie. i tam też czuję, ze to nie jest moje miejsce. bo uwielbiam to i czuję, że to jest to, ale nie jestem tancerką i nigdy nie będę. daję tam z siebie wszystko i biorę ile tylko mogę. i tam jest kompletność. ale to jest chwilowe. to cudowne miejsce, cudowni ludzi, cudowna nauka i rozwój. ale to zajęcia dodatkowe. a ja potrzebuję teatru. i jakiegokolwiek zakorzenienia. i boję się, bo to ciągłe czekanie mnie wypala. chcę działania. życia. nie chcę już tej frustracji. bo o niej mogę zrobić solo na zajęcia z kompozycji tańca, ale w takiej ilości jest toksyczna. widziałam film na YouTube, na którym delfin ratuje życie psu, ratuje go przed rekinem. a potem pomaga mu dopłynąć do brzegu. jest jego cudem. wprowadza element życiodajnego działania. szukam swojego delfina. i najgorsze jest to, że wydaje mi się, że przecież nie stoję w miejscu, nie czekam biernie, ciągle wydawałoby się, że coś robię, rozwijam się. kiedy zebrałam dokumenty niezbędne do stypendium okazało się, że mam jakąś niesamowitą ilość działań na przestrzeni ostatniego roku. więc dlaczego wydaje mi się, że ciągle stoję w miejscu, albo wręcz się cofam? dlaczego znów tak bardzo się pogubiłam? w jaki sposób mogę znów odzyskać ten piękny spokój i poczucie harmonii, które miałam czasem w trakcie leczenia? tak bardzo pragnę znaleźć spokój i spełnienie. mojego delfina. bo chcę znów poczuć się kompletna. a chwilowo mój mózg wysyła mi jeden komunikat. error...
środa, 15 października 2014
stypendium i Esperanza
Skończyłam kompletować wniosek o stypendium artystyczno-naukowe. Co więcej wysłałam komplet dokumentów przed upływem 15.10.2014 r. Jestem szczęśliwą posiadaczką najcenniejszego stempla na świecie. Mam poczucie, że przeszłam tysiące kilometrów, bo wszystko mnie boli od tej pracy inernetowo-biurowo-archeologicznej, ale MAM. I jestem szczęśliwa, bo moje podanie wraz z dokumentacją jest jak sporych rozmiarów książka:):):) To znaczy, że idę do przodu, że żyję, że przez rok zrobiłam naprawdę dużo mega fajnych rzeczy:):):):) Lubię moje życie:):):):) Nie zawsze jest łatwo, ale finalnie jest piękne. I pełne tych rzeczy, których pragnę. Teatru, pracy, ludzi, radości, intensywności i podróży. Jestem ciągle w ruchu. To potwierdza kalendarz i zebrane dokumenty. Super:):) Lubię to:):):) A za przyznanie stypendium TRZYMAJCIE PROSZĘ KCIUKI:):):) Bo potrzebne:):):):):)Właśnie po to, żeby móc robić to co się kocha:):):):):):)
W piątek jadę na pierwszy w tym roku zjazd na studiach. Cieszę się, choć nieco się go obawiam. ZMĘCZENIEZMĘCZENIEZMĘCZENIE. A tam mam myśleć i tańczyć:) W sumie fajnie. Może jeśli nie nałożę na siebie presji, że muszę być super, będzie ok. Enjoy:):):) Przed wyjazdem może trafię na PET. Jestem na liście rezerwowej. Jeśli nie w tym tygodniu to może w przyszłym, chociaż pewnie nie, bo w czwartek już jedziemy do Gdańska na Windowisko z "Bogiem" więc pewnie się nie załapię, trudno:):) Wolę żyć niż wybrać się na te badania, chociaż i tak wiem, że na nie trafię. I znów będzie boleć, ale trudno, będzie z głowy:):):) Enjoy::):):):)
wtorek, 14 października 2014
Robert, May, Rebeka / moja Kraina Czarów
Moja May. Dzięki kompletowaniu dokumentów do stypendium przypomniałam sobie tą przepiękną pracę. Czysta radość, czysta magia. Tym bardziej, że to chyba moja pierwsza praca po chorobie. Jaka piękna dla mnie. Jaka bezcenna. To są te moje skarby Sezamu:)
Od wczoraj nie robię nic innego jak tylko szukam, przekopuję internet, sprawdzam, co wydarzyło się w moim życiu przez ostatni rok i jestem zachwycona. Bo właśnie kompletowanie wszystkiego do dokumentów pozwala mi uświadomić sobie jak wiele fantastycznych rzeczy doświadczyłam na tym moim wytęsknionym i wymarzonym gruncie TEATRU. Jakich fantastycznych Ludzi spotkałam, ile się nauczyłam. Tak. Jestem szczęśliwa. Absolutnie, koszmarnie zmęczona, ale SZCZĘŚLIWA:):):)
Fot. Maja Zaleska
Fot. Sławek Jóźwik
Fot. Karolina Chojnacka
A z drugiej strony takie radości jak nasze bajki nagrane z Sebastianem:):) bo słowo jest piękne, a każdy z nas ma w sobie to cudowne wewnętrzne dziecko:):):)
https://www.youtube.com/watch?v=hEw0v1Z-56E
poniedziałek, 13 października 2014
kalendarz i Dzień Dziecka
wróciłam do Projektu rako-TWÓRZEGO. Cieszę się, bo zbyt długo w tym temacie panowała cisza. Oprócz tego krok po kroczku zaczynam realizację mojego marzenia o pracy nad świetnym tekstem z niezwykłym Człowiekiem. Metodą małych kroczków, bo kwestie formalne, które dopiero poznaję i ogarniam, włącznie z całą przestrzenią organizacyjno-finansową, są momentami jak stumilowy las:) na szczęście nie idę przez niego sama. Bo gdyby tak było, to chyba skończyłoby się szybciej niż zaczęło, chociaż może nie doceniam siły motywacji:):):) Przypuszczam, że tu musiałabym jeszcze bardziej odnaleźć się na tych dziwnych formalnych polach:) rozwój:):) Wczoraj dzięki Justynie, Łukaszowi, Antkowi i Frankowi mieliśmy dzień jak z bajki:):):) dziś przeżarci, niedospani i absolutnie SZCZĘŚLIWI czekamy na więcej i mamy poczucie mocy równe He-Manowi, bo dostaliśmy taką dawkę radosnego poweru, że możemy góry przenosić:):):) mam nadzieję, że uda mi się przenieść najbardziej nieporęczną i obchodzoną jak góra jeży kwestię podania o stypendium, która mnie po prostu wykańcza rangą, obszernością i powagą sytuacji... No ale cóż - niemożliwe uczynić możliwym - to dopiero zabawa:):):)
środa, 8 października 2014
chcę
"Tyle chciałem...za dużo chciałem...chyba, tyle chciałem.... Wszystko." Na Wylot" G. Królikiewicz 1971
za dużo?
można "zbyt dużo"?
bo ja chcę. tylko czasem czuję opór materii i tak jakby wsysa mnie do środka. i tak chcę wszystko. chociaż to czasem bardzo dużo kosztuje.
za dużo?
można "zbyt dużo"?
bo ja chcę. tylko czasem czuję opór materii i tak jakby wsysa mnie do środka. i tak chcę wszystko. chociaż to czasem bardzo dużo kosztuje.
wtorek, 7 października 2014
dziękuję
Nie pisałam dłuuuuuuugo. Od dwóch dni nadrabiam ten czas milczenia wielokrotnie. Ale też tak wiele się dzieje, że czuję, że jeśli tego "nie wypiszę" to się uduszę. Oprócz kotów, co do których mam nadzieję, ze jutro wszystko zaczniemy ogarniać, dzieje się TYLE DOBREGO, że aż momentami brak mi słów. Kolejny raz widzę jak niezwykłe, piękne i obłędne jest życie. Dzięki Ludziom, których spotykam, którzy się w nim pojawiają i tym, którzy w nim są. Radość jest jedynym słowem jakim mogę to opisać. Dzięki tym Ludziom, którzy w ciągu ostatnich dni tak wiele wnieśli w moje życie (jeśli to kiedyś przeczytacie Klaudyno i Peterze to mówię Wam:DZIĘKUJĘ. I codziennie jakoś tak więcej mam Wam do zawdzięczenia:):)) czuję kolejny raz, że jestem zakochana w życiu, tym moim, takim właśnie jakim ono jest, z tą długą przerwą, tak paradoksalnie pełną wszystkiego, a biorącą swój początek w raku. Bo dzięki temu mogę to wszystko jeszcze bardziej docenić. Bo czytając po raz pierwszy tekst, który totalnie mnie rozjeżdża jak walec, robi ze mną to co tylko kilku spektaklom w życiu udało się zrobić, to że z trudem doczytałam do końca a potem ryczałam jak bóbr, to znaczy, że mam szczęście, że mogę coś takiego przeczytać. Bo jestem pewna, że w naszym zawodzi to jest właśnie to, taki tekst marzenie, który jest materiałem na spektakl, po którym zapada cisza. Bo czytając go trudno oddychać. Bo jego prostota jest niesamowita. I jestem szczęśliwa, bo czytam taki tekst i marzę. I czuję, że żyję. I że to moje życie jest piękne. I że DZIĘKUJĘ. Za WSZYSTKO. Za raka też. Bo dzięki niemu to wszystko doceniam wielokrotnie bardziej.
k jak kot/ k jak kochać
Moje dwie ukochane kotki mają guzki. Jednej z nich rośnie ów guzek w zastraszającym tempie. Jutro wzywamy naszego Pana Veta. Staram się zachować spokój, ale jest mi niedobrze ze strachu. Mam fioła na ich punkcie. Są dla mnie pełnoprawnymi członkami rodziny. Zawdzięczam im niesamowicie dużo w najtrudniejszych momentach. Bo kiedy było ciężko i nie miałam siły wstać z łóżka, to fakt, że są i to całkowicie ode mnie zależne zmuszał mnie do mobilizacji, czasem tej ponad siły. Nie zawodzę się na nich, dostaję od nich totalną bezwarunkową miłość, inną od każdego z nich. Wiem jak ważny jest czas w kwestii raka. Poza tym miałam nadzieję, że wykorzystałam limit domowy na przydział onkologiczny...
poniedziałek, 6 października 2014
workshop / homework
Somethimes I don't understand.
????
Praca w domu - domopraca.
Wczoraj wróciłam z Gdańska.
Korekta Projektu rako-TWÓRCZEGO.
Dziś od rana część zaległości komunikacyjnych.
Korekta bajek terapeutycznych i załamka, bo dużo do zmian.
Korekta drugiego tekstu dramatycznego rako-TWÓRCZEGO. Weryfikacja. Weryfikuję. Do weryfikacji.
Czy mówiłam, że dobrze, że mamy koty, psa i dobrą zupę krem z brokułów?
Kolejny raz uświadamiam sobie, że potrzebuję menagera, sekretarki, cierpliwości i wewnętrznej harmonii. Anonse?
Czasem zastanawiam się jak można zrealizować to wszystko co robię i chcę zrealizować tak, żeby było organizacyjnie do przyjęcia, uporządkowane i konsekwentne. Nie chcę rezygnować z mnogości działań i inicjatyw, bo one się uzupełniają, ale jak mam nauczyć się być PO-UK-ŁA-DA-NĄ i Z-OR-GA-NI-ZO-WA-NĄ?...
Zazwyczaj po powrocie z intensywnych wojaży jestem nie do wytrzymania. Reguła podtrzymana.
Felinoterapia i metoda małych kroczków.
????
Praca w domu - domopraca.
Wczoraj wróciłam z Gdańska.
Korekta Projektu rako-TWÓRCZEGO.
Dziś od rana część zaległości komunikacyjnych.
Korekta bajek terapeutycznych i załamka, bo dużo do zmian.
Korekta drugiego tekstu dramatycznego rako-TWÓRCZEGO. Weryfikacja. Weryfikuję. Do weryfikacji.
Czy mówiłam, że dobrze, że mamy koty, psa i dobrą zupę krem z brokułów?
Kolejny raz uświadamiam sobie, że potrzebuję menagera, sekretarki, cierpliwości i wewnętrznej harmonii. Anonse?
Czasem zastanawiam się jak można zrealizować to wszystko co robię i chcę zrealizować tak, żeby było organizacyjnie do przyjęcia, uporządkowane i konsekwentne. Nie chcę rezygnować z mnogości działań i inicjatyw, bo one się uzupełniają, ale jak mam nauczyć się być PO-UK-ŁA-DA-NĄ i Z-OR-GA-NI-ZO-WA-NĄ?...
Zazwyczaj po powrocie z intensywnych wojaży jestem nie do wytrzymania. Reguła podtrzymana.
Felinoterapia i metoda małych kroczków.
źródło: internet
niedziela, 5 października 2014
...
Zmarła Anna Przybylska. Brakuje mi powietrza. Bo w takich momentach cała ta moja nabudowana ideologia pozytywnego nastawienia do dobrego raka pada na pysk. Bo w takich momentach boję się. Bo boję się za każdym razem wchodząc do gabinetu mojego Doktora. Bo siedząc na tej białej leżance nigdy nie wiem co teraz będzie. A w takich momentach czuję ten strach jeszcze bardziej. Bo przegrała. Piękna, pełna życia Kobieta. I koniec. Pieprzę tego raka. Po prostu. Pieprzę...
wolność i spełnienia
Ciągle brak mi czasu na
życie. Nieustannie gonię za tą maksymalną intensywnością, którą
chcę czuć cała sobą, żeby to życie nie tylko przeżyć, ale
odczuć, doświadczyć, zachłysnąć się nim. Czasem czuję, że
pędzę zbyt szybko, że jestem jak szczeniak na bieżni dla dużych
psów i „gubię łapy” bo nie wyrabiam. Wówczas zaczynam się
złościć, warczeć, frustrować. Ale kiedy stawiam się do pionu,
przestawiam na program „calm down”, kiedy zaczynam żyć uważnie,
otwieram się na to, co przynosi mi życie, z pełnym zaufaniem, że
wszystko przychodzi we właściwym momencie, bo Tamten na Górze
nigdy nie mruga, więc nie przeoczy niczego, co się dzieje i dziać
powinno, wówczas czuję się wolna. Wolna i szczęśliwa. Jakie to
niezwykłe, bo w „Bogu, który jest kobietą o jednej piersi”
używam tych dwóch słów do opisania tego wszystkiego, za czym tak
bardzo tęskniłam przez ostatnie trzy lata. Być może przez całe
życie. Być może to oznacza, że wreszcie dorastam. Przynajmniej
częściowo, bo przeróżne sytuacje pokazują mi nieustannie jak
bardzo tej dojrzałości mi brakuje, jak ten deficyt powoduje, że
zaczynam się miotać, gubić, jestem na bardzo cienkiej granicy,
która tak łatwo przekroczyć, a za którą jest to wszystko czego
nie cenie, czego nigdy nie zaakceptuję. Jedak to, że zawsze zostaję
po tej właściwej stronie, mimo że czasem tak niewiele brak, chyba
daje nadzieję, że kiedyś może będę mądrym człowiekiem. Na
razie czuję się szczęśliwa i wolna. I wiem, że jestem po
właściwej stronie.
Festiwal Szekspirowski.
Kilka dni, które znów tyle mi dały, tyle zmieniły, tak bardzo
zainspirowały, zachwyciły. Cudowni Ludzie, którzy pokazali mi jak
piękny jest Teatr. Jak bliski. Jak uniwersalny. Divadlo Kontra.
Przepiękni Ludzie, niezwykli Artyści. Jeden z tych momentów, kiedy
Teatr staje się tak silnym nośnikiem emocji, że aż boli. Kiedy
widzę jaką niezwykłą wartością jest właściwie użyty warsztat
zawodowy i jak to wszystko, w połączeniu z Ludźmi, którzy szukają
Jakości, chcą mówić o sprawach Ważnych, mówią o tym w tak
niebywale intensywny sposób, staje się wszystkim tym czgo zqwsze
szukam w Teatrze, co powoduje, że jest mi tak potrzebny. Bo wówczas,
w konfrontacji z nim czuję, że żyję, że oddycham, że dotyka
mnie coś co jest wokół. Mam takie przepiękne poczucie, że żyję
naprawdę, że nie ma w tym moim życiu tych kompromisów, które
powoduję, że żyje się nie żyjąc i umiera każdego dnia.
Potrzebuje takiego życia, takiego teatru i jestem tak ogromnie
wdzięczna, za to, że czasem mogę to wszystko poczuć.
Oprócz tego tak niezwykłą
rzeczą są Spotkania. Spotkania z Ludźmi, którzy wnoszą tak wiele
piękna w moje życie. I ci wspaniali, którzy są w nim od tak
dawna. Znów, oczywiście;) nie udało mi się prawie z nikim
zobaczyć, ale staram się kontynuować naukę spokoju. Nauczyć się,
że czas nie jest z gumy i czasem nie ma możliwości spędzenia
choćby chwili dodatkowo z Przyjaciółmi. Mam nadzieję, że ich
kredyt cierpliwości tę naukę również obejmie:):):)
czwartek, 18 września 2014
szał życia i basta/pasta
ostatnie dwa miesiące były cudowne. rozwojowe, pełne mojego wymarzonego teatru, nowych doświadczeń, wrażeń, Ludzi, marzeń i szczęścia. morza i Przyjaciół. wszystkiego tego za czym tak bardzo tęskniłam przez ostatnie trzy lata. Tak, bo 1.09.2014 roku minęły trzy lata mojego leczenia. Na zakończenie tej 3. dostałam przepiękny PREZENT, wymarzonego od trzech lat Feniksa wytatuowanego przez najwspanialszego Mistrza tatuażu i cudownego Człowieka (Kuba - DZIĘKUJĘ!!!). Oprócz tego marzenia pracowałam z fantastycznymi Ludźmi, mierzyłam się z Lady Makbet i Burzą Shakespear'a, pracowałam z wspaniałymi Ludźmi, śpiewałam, graliśmy "Boga", widziałam spektakle, które przypomniały mi czym jest mega dobry Teatr. Pierwszy raz od dawna czułam, że żyję. Oprócz tego przesadziłam z tempem, zmęczenie mnie totalnie zdezorganizowało, organizm się zbuntował nieco, ale i tak jestem z niego dumna. W konsekwencji przeliczyłam się z możliwościami i nie udało mi się spotkać z tak wieloma bliskimi Ludźmi, choć spotkania, które były są nie do przecenienia:):):):):)nauczyłam się, że warto odpuścić sobie ciągłe poczucie winy i zobowiązania w części relacji. to cenna lekcja. w części chcę się dużo bardziej starać, bo ciągle mnie mało, a chcę być bardziej i pełniej,część przyjaźni doceniłam jeszcze bardziej. piękny czas, dzięki Kasi i Dominikowi jeszcze piękniejszy:*:*:*:*:*:*:* bo przez cały ten czas miałam prawdziwy dom:):) a przez większość czasu mieliśmy, bo z Mężem i psą:):):)
teraz trzeci wrzesień. bo wrześnie są najtrudniejsze. bo wszyscy coś zaczynają. a ja znów nie wiem co będzie. Chociaż ten jest dużo lepszy, piękniejszy i pewniejszy niż poprzednie. Bo zaczynam kolejny rok mojej pedagogiki tańca, spektakle na Off'ie Festiwalu Szekspirowskiego, mam nadzieję, że w końcu kolejne działania w ramach Projektu rako-Twórczego. Ale mimo wszystko, tak bardzo chciałabym żeby coś się wydarzyło, coś co wszystko pchnie do przodu, że będę miała plany i cele, które będę mogła metodycznie realizować i nie koniecznie sama, bo jestem już tak bardzo zmęczona organizowaniem tego wszystkiego, BEZCZELNIE PROSZĘ O CUD:):):):):)
teraz trzeci wrzesień. bo wrześnie są najtrudniejsze. bo wszyscy coś zaczynają. a ja znów nie wiem co będzie. Chociaż ten jest dużo lepszy, piękniejszy i pewniejszy niż poprzednie. Bo zaczynam kolejny rok mojej pedagogiki tańca, spektakle na Off'ie Festiwalu Szekspirowskiego, mam nadzieję, że w końcu kolejne działania w ramach Projektu rako-Twórczego. Ale mimo wszystko, tak bardzo chciałabym żeby coś się wydarzyło, coś co wszystko pchnie do przodu, że będę miała plany i cele, które będę mogła metodycznie realizować i nie koniecznie sama, bo jestem już tak bardzo zmęczona organizowaniem tego wszystkiego, BEZCZELNIE PROSZĘ O CUD:):):):):)
poniedziałek, 28 lipca 2014
uffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffffff:):):):):):):)
jestem zmęczona, ale w tak przecudowny sposób, o którym marzyłam od trzech lat:):):):):) próby - próby - próby i mega radocha:):):) szukam, myślę, uświadamiam sobie jak wielu rzeczy jeszcze nie wiem:):) Lady M. ufffffffffffffffffffffff....:):):) głowa mi paruje, ale czuję, że się rozwijam, powolutku, ale do przodu. Oczywiście już bym chciała, żeby było idealnie, a wiem, że daleko do tego, ale widzę różnicę w mojej pracy teraz i przed chorobą i to chyba jest najważniejsze. Nie boję się proponować, bawić się, staram się nie oceniać, daję sobie prawo do błędu. Wiem, że popełniam ich dużo, ale staram się też pamiętać, że do wszystkiego trzeba dojść, wszystko ma swoją drogę i czas powstania. Pracuję ze świetnymi, kreatywnymi, otwartymi ludźmi. Stykam się z nowymi płaszczyznami teatru. Uczę się i to jest najważniejsze. I Ewelina, która swoją Lady Makbet i Julią dałam i mega lekcję teatru pięknego i tak cudownie precyzyjnego. I kostiumy, które są jak poezja. Oprócz tego Nieformalny Przegląd Piosenki Aktorskiej:):):) ta-dam-ta-dam;););) Wyzwanie wyzwanie wyzwanie:):):):) A dziś Kasia Dominic i MÓJ UKOCHANY MĄŻ i Shiva będą już ze mną:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*
i tak summa summarum padam na pysk, ale jestem szczęśliwa:) trzy, dwa, jeden do pracy znów:):):):)
i tak summa summarum padam na pysk, ale jestem szczęśliwa:) trzy, dwa, jeden do pracy znów:):):):)
Subskrybuj:
Posty (Atom)






